niedziela, 28 lipca 2013

opowieści Kamila ciąg dalszy

Patrzę ponownie ukradkiem na zegarek. Jest 14.47. Wiem, że Ania ma badanie głowy. Ale przecież wiadomo, że jest ok. Jest silna, szybka, rezolutna i cholernie kreatywna. Przecież to oczywiste, że mózg działa bez zarzutu. Pewnie te jej objawy to wynik stresu, porodu i braku snu.
Patrzę ukradkiem na telefon i widzę, że ktoś dzwonił. Nie wypada bawić się telefonem w trakcie zgarniania ochrzanu (bo to takie nieeleganckie), więc obmyślam Simple Plan. Przyjąłem pozycję operacyjną. Udając, że po raz pięćdziesiąty z należytą dokładnością układam tą samą rzecz, po cichu odblokowuję telefon. Widzę, że dzwoniła Ania. Myślę, że to nic ważnego, bo przecież co by mogło się wydarzyć. Przecież badanie na pewno było ok!
Nie udaje mi się wyrwać z terenu okupacji, żeby oddzwonić. Czuję, że powoli wszystko nabiera tempa. Teraz mogę powiedzieć, że to tak jak w matrixie. Z dystansu widać, że to zaczynał się manewr skrętu na życiowym skrzyżowaniu w drogę, której nie planowałem i nie znałem. Wtedy o tym nie wiedziałem, tylko czułem, że życiowe ciśnienie drastycznie wzrasta. Mija kolejna godzina, jest 16.06. Patrzę na telefon, a tu 2 smsy, od Ani. Pomyślałem: coś się musiało stać! Bo normalnie przecież oddzwaniamy do siebie, jeśli tylko możemy, więc po co sms. Ryzykuję i wychodzę na górę aby uniknąć wzroku niektórych osób i ich niepotrzebnych komentarzy.
Na górze otwieram pierwszego smsa, z godziny 14.55:

Kazali mi czekac Skarbie godzine i gadac z lekarzem bo jest jakas zmiana w mozgu podobno. Boje sie jak cholera. Dam znac po :-**

Czytam drugiego smsa, z godziny 16.01:

Siedmiocentymetrowy guz w mozdzku Skarbie :-(( lece do neurologa dowiedziec sie co dalej :-*

Ciśnienie mocno wzrasta. Wszystko co związane z pracą zaczyna mnie powoli mało obchodzić. O nie! Dlaczego?! O co chodzi?! Guz, jaki guz?! Co to jest guz?! Móżdżek?! Gdzie to jest?! Takie myśli przemknęły mi po głowie. Czytam 7 milimetrów – myślę: to chyba nie dużo?! Czytam dokładniej: 7 centymetrów! Ile?! Nie, nie! Idę do kabiny w toalecie męskiej (dobrze, że nie pomyliłem), bo muszę na spokojnie przeczytać wiadomość literka po literce, bo już odczytałem (z nerwów) kilka wersji. Zamykam się w kabinie i czytam powoli, bo nie mogę powiedzieć, że na spokojnie. Po dokładnym przeczytaniu smsów, wyszedłem z kabiny. Naprawdę czułem się, delikatnie mówiąc, oszołomiony. Nie wiedziałem nadal, o co chodzi.

I w końcu wstępnie dotarło do mnie, po kilku minutach, co się wydarzyło. Nadal czułem się jak w emocjonalnym mikserze. Moja żona ma raka! Idę na dół. Przełożeni stoją i o czymś rozmawiają. Mam ich w tej chwili gdzieś! Coś próbują do mnie mówić. Mam ich naprawdę gdzieś, bo myślami jestem z Anią. Oni żyją w innym świcie. Mój świat się właśnie kończy (należy pamiętać, że jeśli coś się kończy, to coś innego się zaczyna – w przyrodzie nie ma pustki). Mam tego świadomość. Ale to tak jak z tym zejściem rano, po którym dostało mi się, a trzeba było zmykać i nie kombinować – widocznie tak miało być. Podjąłem skuteczną, jak na otrzymaną ilość negatywnych czynników, próbę ogarnięcia sytuacji. W końcu mówię do siebie: zaczęło się to idę dalej i biorę to na klatę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz